Międzyrzecki Rejon Umocniony 2008
Podobnie jak w przypadku innych wyjazdów nurkowych zaczęło się od pomysłu, tym razem od mojego pomysłu. Wyprawa ta była jednak inna od wszystkich. Idea zbadania zalanych korytarzy podziemi poniemieckich fortyfikacji MRU szybko znalazła przychylność Huberta - „szefa” naszego klubu oraz uznanie i entuzjazm Krzyśka i Sebastian z zaprzyjaźnionego klubu nurkowego Posejdon stając się zaczątkiem wspaniałej i niezapomnianej przygody.
Ale po kolei...
...Międzyrzecki Rejon Umocniony jest od lat moją pasją. Czytam dostępną literaturę, studiuję opracowania i plany, nie raz wędrowałem podziemnymi korytarzami. Zawsze interesowały mnie zagadki jakie jeszcze kryje to miejsce a szczególnie to co kryje się w niedostępnych częściach MRU czyli tych zalanych wodą. Zainspirowany ubiegłorocznymi wyprawami Jana Wasielkiewicza i Jacka Trembowelskiego oraz zaprezentowanymi przez nich materiałami rzuciłem na forum klubu W Trójwymiarze pomysł podobnego przedsięwzięcia. Możliwość podwodnej eksploracji zalanych tuneli za dworcem stat Nordpol podziałała na nas niczym legenda o świętym gralu na rycerzy okrągłego stołu.


Entuzjazm był tym większy im bardziej stawało się jasne, że żadna z poprzednich ekip nurkujących w zalanych podziemiach MRU nie zbadała całego ciągu zalanych korytarzy, a informacje dotyczące „zbadanych” obszarów są często nieprecyzyjne lub nawet sprzeczne.
Od momentu kiedy ustaliliśmy termin naszej wyprawy na 22-25 maja 2008 roku czas upływał nam na powolnych acz efektownych przygotowaniach. Koledzy z Posejdona uzyskali oficjalne pozwolenie na nurkowania od przedstawicieli gminy międzyrzeckiej i władz kompleksu turystycznego MRU. Było też nad czym się zastanowić. Musieliśmy rozplanować całą akcję od strony logistycznej i nurkowej. Rozważaliśmy którędy wejść, jak przetransportować niezbędny sprzęt do dworca Nordpol, w jakich zespołach nurkujemy, kto pierwszy wchodzi do wody, które korytarz eksplorujemy, jak dokumentujemy wyprawę itp.
Jako jeszcze niezbyt doświadczony płetwonurek musiałem udoskonalić swoje nurkowe umiejętności. W tym celu wykonałem kilka treningowych nurkowań, w tym trzy tygodnie przed terminem wyprawy na koparkach z Hubertem i Andrzejem. Poza ogólnym przygotowaniem do nurkowania w szczególnych warunkach MRU, musiałem sprawdzić czy nurkując w piance w temperaturze około 8 stopni C wytrzymam pod wodą określony czas nie narażając swojego zdrowia i życia. Na szczęście testy wypadły pomyślnie.
Ekstremalne wyzwanie jakiego się podjęliśmy postawiło przed nami szereg problemów do rozwiązania i pytań, na które musieliśmy sobie odpowiedzieć. Po przeanalizowaniu materiałów filmowych z wcześniejszych wypraw, przestudiowaniu planów MRU oraz zapoznaniu się z potencjalnym obszarem nurkowania zebraliśmy niezbędny sprzęt i w czwartek 22 maja rano wyruszyliśmy z Warszawy do Pniewa w składzie Hubert, Zbyszek, Janusz i Czarek.

W umówione miejsce dotarliśmy ok. godziny 16:00. Tu spotkaliśmy się z drugą częścią zespołu: Krzyśkiem i Sebastianem z Klubu Posejdon, oraz ich „grupą logistyczną”. Natychmiast też ustaliliśmy wstępny plan działania na dziś i pojechaliśmy do naszej „bazy” wypadowej i noclegowej w miejscowości Wysoka.
W Wysokiej dołączyli do naszej ekipie profesjonalni przewodnicy po kompleksie MRU, Janusz i Tadeusz. Dwóch pasjonatów tych fortyfikacji z Zielonej Góry.
Teraz czekała nas poważna narada mająca za zadanie rozwiązanie właśnie wykrytych problemów i ustalenie planu na najbliższe trzy dni. Jeszcze w Warszawie planowaliśmy wejście do MRU schodząc, podobnie jak ubiegłoroczna wyprawa, klatką schodową obiektu 724. Niestety parę dni przed terminem naszej eskapady okazało się, że stalowe drzwi do panzerwerku 724 zostały zaspawane. Przyjechaliśmy więc na miejsce z nie najlepszą perspektywą wchodzenia z całym sprzętem przez panzerwerk 717 w Pniewie. Obiekt ten znajduje się na trasie turystycznej w bardzo dużej odległości od dworca Nordpol, co zdecydowanie komplikowało logistykę przedsięwzięcia. Na szczęście nasi przewodnicy poprawili nam humor informując, że główny wjazd do kompleksu (A64) jest otwarty i możemy z niego skorzystać. Mimo, że to dwa razy dalej niż w pierwotnym planie wejścia przez Pz.W 724, to jednak wchodzić mieliśmy z tego samego poziomu, a nie schodząc ponad 10 pięter w dół szybem zejściowym. Sprawy wyglądały nie najgorzej.

W Wysokiej zatrzymaliśmy się u państwa Bieleckich w agrogospodarstwie położonym nad jeziorem Paklicko Małe. Jako znawca tych terenów na marginesie muszę dodać, że lepszego i dogodniejszego noclegu w pobliżu „bunkrów” nie ma. Było czysto, sympatycznie, smacznie i niedrogo. Spokojnie mogę polecić to miejsce.
Po wypakowaniu się całej ekipy, wspomnianej naradzie i krótkim odpoczynku ruszyliśmy na rekonesans do MRU. Do podziemi weszliśmy o 17:25 otwartą kratą głównego wjazdu podziemnego dworca A64. Przeszliśmy łącznie ok. 4 km korytarzami do dworca Nordpol co zajęło nam to 1 h i 15 min. Przechodziliśmy kolejno przez dworce Ludwig, Freidrich (czas od wejścia do głównej drogi ruchu zajął ok. 20 min), Emma, Dora, Cezar i Nordpol. Po drodze oczywiście zwiedziliśmy poszczególne dworce i ich zaplecza, znaleźliśmy się u podnóża szybu klatki schodowej prowadzącej do Pz.W 723 spenetrowaliśmy również zaplecze dla tego obiektu wraz z mini koszarami i innymi pomieszczeniami podziemnej infrastruktury. W korytarzach po drodze przypatrywaliśmy się niezwykłym naciekom, przypominającym te występujące w jaskiniach, ale przede wszystkim patrzyliśmy pod nogi na poziom wody, przeszkody w postaci hałd piachu no i odkryte studzienki odwadniające, stanowiące poważne zagrożenie podczas poruszania się podziemiami. Po dojściu do dworca Nordpol, a właściwie 150 m korytarzem poza dworzec, koledzy z Zielonej Góry oświetlili nam swoimi halogenami drogę i zbadali osobiście poziom wody idąc w woderach kilkadziesiąt metrów w głąb powoli opadającego w dół zalanego korytarza, aż do pierwszego rozwidlenia. Po tym rekonesansie wiedzieliśmy czego dokładnie możemy się spodziewać, jaki dystans mamy do pokonania ze sprzętem, oraz jakie niespodzianki mogą nas czekać po drodze. Pozostała nam tylko droga powrotna do wejścia, którą pokonaliśmy analizując w to co czeka nas jutro.
23 maja (piątek) rano po przygotowaniu całości sprzętu, przewiezieniu go pod wejście do kompleksu, podzieleniu między członków wypraw i naszych „szerpów” oraz zabraniu niezbędnego prowiantu ruszyliśmy dokładnie o godz 10:30 przez główny wjazd A64 na podwodną eksplorację korytarzy za dworcem Nordpol. Droga o dziwo zajęła nam znacznie mniej czasu niż pierwotnie to zakładaliśmy.


Transport sprzętu pieszo oraz na wózkach (których mięliśmy tylko 2) czyli przejście dystansu 4 km korytarzami MRU do końca dworca Nordpol zajęło nam średnio 1 h. Najszybszy z „szerpów” pokonał ten dystans w 50 minut, zaś ostatni wózek dotarł po 1 godzinie i 10 minutach. Wynik można uznać za dobry zważywszy, że na plecach mieliśmy po około 40 kg różnego szpeju takiego jak twiny, skafandry, ocieplacze, drobniejszy sprzęt nurkowy, sprzęt typowo jaskiniowy, różnego typu oświetlenie, kamery, aparaty, sprzęt do zorganizowania prowizorycznego obozowiska na dworcu Nordpol i wiele innych rzeczy, które z każdym pokonanym metrem tuneli stawały się tylko cięższe. Po odsapnięciu oraz rozłożyliśmy obóz w miejscu gdzie kończą się tory i jest całkiem sucho. Zaczęliśmy przygotowania do nurkowania , a więc składanie sprzętu i przebieranie w skafandry. Po przygotowaniu i założeniu wszystkiego w kompletnym sprzęcie musieliśmy jeszcze przejść po błotnistej mazi, prosto tunelem około 150 m. od miejsca gdzie zaczynała się woda. Jako pierwsza grupa poszli Krzysiek, Sebastian i Janusz w roli kamerzysty. Mieli za zadanie dotrzeć korytarzem na wprost do rozwidlenia (droga dobiegowa do nie wybudowanego A13), gdzie dalej korytarze podobno biegną w lewo i prawo oraz dopłynąć do końca prawego korytarza.
Druga skromna grupa w sile Hubert i Zbyszek (autor tego tekstu) podobnie jak poprzednia ekipa doszła pieszo brodząc w mętnej wodzie do rozwidlenia i ruszyła w lewo, drogą dobiegową do nie wybudowanego obiektu A14. W tym korytarzu po kilku metrach woda osiągnęła poziom sięgający piersi więc założyliśmy płetwy i zaczęliśmy płynąć by po chwili powoli zanurzyć się w zalany korytarz.

W świetle latarek naszym oczom ukazał się niesamowity widok, porośniętych ścian z niewielkimi stalaktytami i stalagmitami i tylko gdzieniegdzie widocznym surowym betonem. Spodziewaliśmy się dobrej widoczności, jednak ta którą zastaliśmy przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Trudno określić ją w metrach, ponieważ przekraczała zasięg naszych latarek. Temperatura wody była stała i wynosiła 9 stopni C. Korytarz, którym płynęliśmy została już wcześniej zbadany przez co najmniej dwie „ekspedycje”, mimo to jako eksploratorzy musieliśmy sami przekonać się co w nim się kryje. Ponadto mieliśmy w planie dokumentację fotograficzną tej części podziemi. Płynęliśmy powoli i bardzo ostrożnie aby nie podnieść osadów dennych uważając także na nacieki ścienne. Nie było to łatwe z racji nie dużego eliptycznego przekroju korytarza nie sprzyjającego płynięciu obok siebie. Po 21 minutach i przepłynięciu ponad 120 metrowego odcinka z powodu awarii części oświetlenia postanowiliśmy zawrócić. Korytarz mimo, że na początku nie zalany w stu procentach tu już od dłuższego czasu był klasyczną przestrzenią zamkniętą i bezsensowne ryzykowanie tylko po to by dotknąć ściany końcowej byłoby nieodpowiedzialne. Dodatkowo zimno zaczęło dawać mi się we znaki (byłem jedynym z całej ekipy w mokrym skafandrze). Powoli ręce zaczynały odmawiać posłuszeństwa, tak że w pewnym momencie nie miałem czucia w palcach i ciężko mi było strzelać fotki podwodnym aparatem. Mimo to po wyjściu okazało się że zrobiliśmy ponad 100 zdjęć i wiele z nich całkiem do rzeczy. Ustaliliśmy równie, że lewy korytarz, którym płynęliśmy może być nieco dłuższy niż to podawały wcześniejszy wyprawy (80 lub 132 m). Niektóre ekipy mierzyły go „na oko” inne nie mogły zmierzyć używanych poręczówk bo splątane zostały na dnie korytarza. Poza tym nikt nie powiedział dokładnie z którego miejsca rozpoczął pomiar, co jest istotne, bo korytarz w początkowej swej części biegnie łukiem.
Po drodze po prawej stronie natknęliśmy się na pozostawioną tu drewnianą konstrukcję przypominającą drzwi o około 2 m długości. Konstrukcja ta była oparta o ścianę, ale kształt jej był prostokątny i nie pasował nam tu do niczego.


Natknęliśmy się również na krótką odnogę w bocznej żelbetonowej ścianie korytarza zamurowaną ceglaną ścianką. (postępowanie typowe dla Niemców przewidujących dalszą rozbudowę MRU) Mimo już niewielkiego pogorszenia widoczności w drodze powrotnej zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i zdążyliśmy się przyjrzeć niezwykłym naciekom, które tworzyły swoistego rodzaju nitki, stalagmity a nawet i „półki” bądź pokaźne narośla na ścianach korytarza. Świadczy to o dość długim procesie wypełniania się wodą tej części kompleksu. Po wyjściu z wody z relacji Sebastian i Krzyśka dowiedzieliśmy się, że prawe odgałęzienie korytarza ma niewiele wspólnego z powszechnie dostępnymi szkicami, ma inny kształt i jest znacznie dłuższe niż to pierwotnie zakładano. Później po zmierzeniu poręczówki okazało się, że ma on dokładnie 240 m! Spory kawałek zważywszy na to, że w fazie planowania zakładaliśmy, opierając się między innymi na relacjach naszych co prawda nie tak licznych poprzedników, że wszystkie zalane korytarze mają nie więcej jak 400 m długości. Tu na marginesie dodam, że do samego odgałęzienia, który spenetrowali do końca Krzysztof i Sebastian było w wodzie około 100 m. Korytarz ten jest znacznie uboższy pod względem szaty naciekowej, która tu niemal nie występuje. Ściany w zdecydowanej większości to czysty żelbeton. Niewiadomą pozostaje jeszcze dalsza część korytarza prowadząca na wprost, poza miejsce z którego nasi koledzy popłynęli w prawą odnogę. Rozkład korytarzy na powszechnie dostępnych planach MRU nie odpowiada rozkładowi rzeczywistemu, przynajmniej w zalanej części kompleksu. Po powrocie do naszego prowizorycznego obozu na dworcu Nordpol rozważaliśmy wykonanie kolejnego nurkowania, jednak ostatecznie dalszą eksplorację pozostawiliśmy na następną wyprawę do MRU. Teraz pozostało nam złożenie obozu i retransport sprzętu na dystansie 4 km do wejścia co z uwagi na zmęczenie nie było miłą perspektywą.
Całą eksplorację zakończyliśmy ok 17:15, czyli mniej więcej 2 godziny od momentu złożenia obozu i wyruszenia w drogę powrotną z dworca Nordpol do A64, nieco ponad 7 godzin od wejścia ze sprzętem przez „bramę” A64. Cóż zmęczenie dało się już wszystkim we znaki i tempo w drodze powrotnej było zdecydowanie mniejsze.
Umęczeni ale szczęśliwi obiecaliśmy sobie przyjechać tu jeszcze raz co zamierzamy zrealizować w przyszłym roku.


24 mają poświęciliśmy na zapoznanie się z MRU od strony powierzchniowej, czyli na zwiedzenie pozostałych na powierzchni obiektów, pod którymi wcześniej wędrowaliśmy podziemnymi labiryntami. Rozpoczęliśmy od zwiedzenia oficjalnie udostępnionych obiektów czyli Pz.W 717 i jego okolic z imponującymi zaporami przeciwczołgowymi (zęby smoka) oraz obiektami uzupełniającymi np. bunkry typu Tobruk. Pz.W 717 jest obiektem odrestaurowanym zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz dzięki czemu jego zwiedzanie pozwala zapoznać się z wyglądem tego panzerwerku w okresie II Wojny Światowej oraz ówczesnym klimatem tego miejsca. Później obejrzeliśmy jeszcze Pz.W 724 – miejsce, z którego pierwotnie mieliśmy rozpocząć eksplorację podziemi MRU. Ten obiekt jest jednym z lepiej zachowanych i stosunkowo łatwo dostępnym pod względem dojazdu. Jednak jak już wcześniej wspomniałem ze względu na zaspawane wejście niemożliwy obecnie do zwiedzenia wewnątrz. Odwiedziliśmy też kilka fortyfikacji wchodzących w skład MRU, ale nie mających połączenia z siecią podziemnych korytarzy głównego kompleksu. „Spenetrowaliśmy” znajdującą się około 7 km od Miedzyrzecza grupę warowną Schill – potężny zespół fortyfikacji z podziemnymi koszarami, magazynami amunicji, schronami oraz całym zapleczem logistycznym i siecią korytarzy łączących obiekty powierzchniowe. Korytarze znajdują się kilka pieter pod ziemią, a zejście do nich i wyjście na powierzchnie wymaga poruszania się niebezpiecznymi wąskimi klatkami schodowymi pozbawionymi poręczy. Ta grupa warowna sama w sobie stanowiąca niezależną fortecę. Mimo że obiekty powierzchniowe w znacznej części zostały zniszczone (wysadzone przez Rosjan i Polaków) robi niemałe wrażenie pod każdym względem. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze niektóre obiekty hydrotechniczne wchodzące w skład MRU, takie jak most obrotowy, śluzy i kanały forteczne.

Wieczorem 24 mają oficjalnie zakończyliśmy „badanie tajemnic” MRU. Część ekipy jeszcze tego dnia ruszyła w drogę powrotna, pozostali wyjechali z Wysokiej nazajutrz czyli 25 mają.
Duże podziękowania dla pasjonatów MRU z Zielonej Góry Krzyśka i Tadeusza, dla p. Bochowicza oraz Świdra, którzy od strony formalnej umożliwili nam tą eksplorację. Jako autor niniejszej relacji pragnę również podziękować serdecznie kolegom z Ostrowca z Klubu Posejdon, bez których ta wyprawa nie miałaby szans powodzenia. Na końcu chciałbym również podziękować Hubertowi, który będąc moim instruktorem nurkowym jako pierwszy podchwycił pomysł nurkowań w MRU i poparł moją inicjatywę oraz zapewnił niezbędny sprzęt dla powodzenia całego przedsięwzięcia.
Zbyszek Bińkowski